Wylegiwałem się na leśnej polance. Słoneczko przygrzewało i był lekki wiaterek. ,,Żyć nie umierać" myślałem. Nie czułem zimna, mimo że trawę pokrywał wesoło iskrzący śnieg. Z drzew pokrytych białym puchem zwisały długie, lodowe sopelki. Lśniły w słońcu jak gwiazdy na niebie. Podszedłem do jednej z wielkich roślin i zacząłem nią potrząsać. Efekt był taki jak zamierzałem. Kilka lodowych sopli spadło na ziemię. Wziąłem je i zaniosłem alfie. Wiedziałem, że je lubi. Poczęstowałem ją i resztę "lodów" poszedłem schować do mojej jaskini. Chwilę później poszedłem nad rzekę i obmyłem się z błota. Woda była lodowata, ale nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. Myślałem tylko o Rose. Ciekawe jaką decyzję podjęła. Bardzo mi na niej zależało. Byłbym w siódmym niebie, gdyby się zgubiła. Nie znam się na pisaniu wierszy, ale tamte słowa starannie przygotowałem na tą okazję. Cały czas pamiętam jej zaskoczone spojrzenie. Co ja sobie w tedy myślałem? Że powie ,,Tak, Orionie! Pobierzmy się, zamieszkajmy razem i urodźmy piątkę szczeniąt!". Tak, najlepiej, żeby mi się jeszcze rzuciła na szyję i pocałowała. Jezu! To nie jest sen! Nie wiem co mi strzeliło do głowy. To było chore! Oby się zgodziła. Jak, nie to, to rzucę się z wodospadu lub się utopię. Nie wyobrażam sobie życia bez niej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz